pfronlogonew fio ASOS Facebook-Logo-60x60
media media media
p oblok   Najlepsza Otwocka Inicjatywa certyfikat2016

    msz logo

Rejs motorowodny Nadbrzeż - Giżycko

Wstęp
3 lutego 2007r w stanicy WOPR-u Otwock na rzece Wiśle w miejscowości Nadbrzeż, odbyło się zebranie założycielskie Regionalnej Sekcji Mazowieckiej Polskiego Związku Żeglarzy Niepełnosprawnych w Otwocku. Obecny na zebraniu przedstawiciel z ramienia władz Polskiego Związku Żeglarzy Niepełnosprawnych w Giżycku Marek Winiarczyk, w żartobliwej formie zaproponował jako zadanie dla dopiero co wybranego zarządu sekcji, zorganizowanie rejsu na Adriatyk. Zaczęło się wesoło. Zebranie się zakończyło zaczął się "korowód" po urzędach w celu uzyskania osobowości formalno-prawnej zakończony sukcesem. Jednak cały czas krążyły myśli wobec rzuconego na zebraniu wyzwania "Adriatyk..." zaczął z górnej półki. Może coś mniejszego. Motorówka była w zasięgu naszych możliwości. Zrodził się pomysł, popłynąć rzekami na Mazury do Almaturu bazy PZŻN w Giżycku na j. Kisajno. Pomysł wzbudził zainteresowanie. Motorówka pływała na Wiśle dwa sezony należało ją "odświeżyć" i adaptować do potrzeb załogi składającej się z osób niepełnosprawnych. Zrobiliśmy to we własnym zakresie.
Z planowanego małego "odświeżenia" zrobił się remont kapitalny. Chodziło o zapewnienie max. bezpieczeństwa i "komfortu" dla załogi w kilkudniowym rejsie. Trochę to trwało ale udało się. Motorówka została zwodowana w stanicy.
PRZED REJSEM
Planowaliśmy 3 osobową załogę męską, tydzień przed rejsem dołączyła koleżanka. Załoga składa się wyłącznie z osób niepełnosprawnych. Termin wypłynięcia zmieniał się parokrotnie z różnych powodów. Część załogi opływana część nie, konieczna podstawowa "manewrówka" jeszcze jeden dodatkowy przegląd silnika i inne istotne i ważne "drobiazgi". ZACZYNA BRAKOWAĆ CZASU WODA OPADA. Na Narwi w Ostrołęce musi być min 60cm. Będzie mniej utkniemy na Pisie. Na 2 dni przed rejsem załoga w Stanicy. Śpią w śpiworach na stole bilardowym pokrytym zielonym suknem, ale pod spodem granitowa zimna płyta. Pogarsza się pogoda zimno. Wieczorna odprawa przed rejsem wypełniamy dokumenty rejsowe. Nazajutrz wypływamy. W Ostrołęce stan wody 100cm. opada szybko czy zdążymy? Po nocy dwoje członków załogi zgłasza rezygnację z rejsu ze względu na pogorszenie stanu zdrowia i samopoczucia. JESZCZE RAZ NALEŻĄ WAM SIĘ PODZIĘKOWANIA ZA TĄ TRUDNĄ DECYZJĘ PRZED WEJŚCIEM NA POKŁAD. Choroba w czasie rejsu, na szlaku... wolę nie myśleć. Mamy wprawdzie asekurację samochodową, od członka sekcji jak by coś nie tak szło.
Decyzja sternika o rozwiązaniu załogi rejsowej. Na kompletowanie nowego składu brakuje czasu. Tyle zachodu, mitręgi i odpuścić?
Sternik postanawia popłynąć sam. Jeszcze jedne oględziny motorówki i jak się okazało słuszna uwaga naszego "bosmana" cytuję: Pisa jest tak kręta, że sterując kołem nie wyrobisz się na zakolach na, na kole sterowym nie przepłyniesz Pisy. Błyskawiczna decyzja o wykonaniu rumpla do silnika. Wieczorem 23 kwietnia 2007r m/y "RB+" gotowa do rejsu. Razem czekamy, żeby wypłynąć na 300km szlak wodny. Wodowskaz na Narwi w Ostrołęce wskazuje 90cm.
24.04.07 rejsu dzień 1
Zasnęliśmy szybko i szybko spaliśmy. Jednak drzemiące emocje równie szybko nas obudziły w kabinie ciepełko, ale po wyjściu na podwórko /jak to mówią stronami/ rześko nic dziwnego parę minut po 4-tej ale Natura już dawno nie śpi, na kępie naprzeciwko pomostu ruch ptactwa aż miło. Kawa o poranku i kolejne odruchowe oględziny silnik lewa burta dziób, prawa burta... Kończę układanie rzeczy w kabinopwych bakistach. Cięższe rzeczy jak najniżej, lekkie do jaskółek. Najbardziej niezbędne rzeczy na tzw "jak co" w zasięgu ręki. Pojawia się "nasz bosman" z wnukiem, schodzą na pomost. Wysłuchuję ostatnich cennych, życzliwych rad, mieszkał i pracował kilkanaście lat na wiślanej barce. Miło mi, myślałem, że pomost będzie pusty. Kręci głową "lepiej we dwóch", uściski dłoni. Czas wychodzić o godz. 8:00 m/y "RB+" odbija od pomostu. Wychodzimy powolutku w przekopanym kanałku na głębszą wodę wczoraj sprawdzałem było 25cm głębokości - powinno wystarczyć. Ale minęło kilkanaście godzin, zaraz się okaże. Nie opadło, nawet nie dotknęła dnem. Płyniemy wzdłuż betonowej opaski. Odwracam się wysoko na wale machają rekami, dzwonimy na pożegnanie. Dziób skręca w prawo zakryły ich drzewa płyniemy w nurcie, znamy ten odcinek rzeki, powoli przesuwają się znajome drzewa, burty, tamy jak na taśmie filmowej. Nagłe przyhamowanie, na wsteczny, wyszła uff. Po paru km 1 mielizna. Świeża, miękka, buduje się. Wisła potrafi się zmienić w ciągu paru godzin. Mijamy na prawym brzegu przyczółki mostu pontonowego na wypadek "W". Tu slipowaliśmy się 1 raz na Wiśle minęło 2 lata. Dawniej pływała na Warcie w służbie WOPR-u. Rzeka niesie, manetka na minimum tylko żeby zachować sterowność. Najbliższy CPN na Narwi. Kończy się znany odcinek rzeki na prawym brzegu ujście rzeki Świder. Dalej w dól nie pływaliśmy. Zaczyna się Nieznane i tak będzie aż do Kisajna. Niesamowite uczucie nie do opisania. Płyniemy "czytając" rzekę, na wysoki brzeg tam głęboko. Rzeka cały czas meandruje i wcale nie płynie wolno. Następnym razem policzę te zakola, ale czy będzie następny raz – chciałbym... Ręka na rumplu lornetka gdzie następna zielona boja wyznaczająca bezpieczną drogę. Najtrudniej jak się rozlewa i pojawiają się kępy i młode wysepki, którą burtą mijać, opływać w lewo czy w prawo? Jeszcze 2 razy podjęliśmy złe decyzje i "siedzieliśmy" ale szczęśliwie daliśmy radę. Rzeka szybko uczy - taka jest. Kolejne zakole i na horyzoncie, ponad linią drzew pojawiają się kominy elektrowni Siekierki. Chyba niedaleko. To niedaleko trwało ok. godziny. Kominy "grubieją" może za tym zakolem nie. Wreszcie dopływamy do tego, które otwiera nam widok na most Siekierkowski. Na obu brzegach pojawiają się betonowe umocnienia brzegowe. Koniec dzikiej rzeki. Dopływamy do mostu. Jeżdżę po nim znam go innym. Z poziomu wody sprawia wrażenie, jest solidny i jednocześnie smukły wręcz lekki. O 11-tej m/y "RB+" "zapina" proporczyk na pierwszym moście na szlaku tzn. przepływa pod mostem. Tak jakoś się wymyśliło samo. Wszystko jest pierwsze nigdy nie widzieliśmy takiej Warszawy. Trzeba szybko sycić wzrok nieznanymi widokami rzeka niesie niezmiennie. Płyniemy wolniutko rozglądając się. Sielankę przerywa dźwięk syreny. Brzmi zdecydowanie, krótko, raz. Płynie do nas błyskając na niebiesko motorówka Policji Wodnej. Megafon prosi żeby wyłączyć silnik, stanąć w dryfie. Zrobione. Podchodzą do prawej burty, odbieram cumę, knaguję. Przerwa w podziwianiu panoramy miasta. Podaję nasze dokumenty, trwa sprawdzanie przez radio. Pytania o stan załogi, trzeźwość sternika, narkotyki, dokąd płyniemy. Patrol w składzie policjant /sternik/, członek Straży Miejskiej /załogant/ dobrze życzą są uprzejmi i troskliwi "nie zimno" na taki rejs? Oddaję cumę odchodzą na praską stronę. Płyniemy dalej. Myślałem, że "Gruba Kaska" na Wiśle jest jedna. Policzyłem są trzy. Też się zdziwiłem. Panorama Starego Miasta Nastraja refleksyjnie czy takie je widzieli flisacy, piaskarze? Na pomoście WTW macha do nas członek Sekcji mieszka w Warszawie. Cumujemy. Kambuz ma pierwszego gościa nie wchodzi na pokład. Trochę wieje i rzuca na cumach, odbijacze maja co robić. Więc rozmawiamy i pijemy kawę na pomoście. Ten człowiek to asekuracja rejsu "jak by co" z brzegu, jest pod telefonem do dyspozycji całodobowo, przez okres trwania rejsu. Jest miło ale zimno więc odbijamy. Jesteśmy na 513 km Wisły. "Zapinamy" proporczyk na kolejnych mostach. Przepłyneliśmy miasto. Widać kanały duże i całkiem małe. Coś, jakaś ciecz, piana spływa do rzeki. Wygląda nieciekawie. Maleją mosty i wieżowce miasto się oddala, a przybliża elektrownia Żerań i znak na prawym brzegu mówiący że dopływamy do drogi wodnej odchodzącej w prawo, czyli kanał do śluzy żerańskiej. Jest godz 13:00. Śluza jest potężna ogromne stalowe wrota przegradzają kanał. Cumujemy lewą burtą do stalowego pomostu. Pusto. Nad śluzą góruje baszta z czerwona tablicą. Trzeba tam dotrzeć. Zabezpieczam co się da i idę schodkami na górę. Płacę za śluzowanie. Śluzowy wpisuje nas do raportu jako pierwszą jednostkę turystyczna-kierunek północ. Jednym słowem "szlak wodny rz. Wisłą-WJM w sezonie 2007 uważam za otwarty". I my to zrobiliśmy, patrzę na dolną wodę. Z góry łódka jak łupinka. Wracam. Majestatycznie otwierają się dolne wrota, na znak śluzowego wpływamy do śluzy. Wykładamy odbijacze na lewą burtę, cumujemy na biegowo. Różnica poziomów do pokonania 8m. Dolne wrota zamknięte. Śluza jest ogromna. Śluzowy zaczyna "robić wodę". Z otworów w ścianach przy górnych zaczyna wypływać spieniona woda, narasta szumi wyraźnie wyższy wał spienionej wody zbliża się do nas. Już nas ogarnął, uniósł i uderzył w dolne zamknięte wrota. Odbity powrócił, uspokoił się i zaczął nas podnosić. W ciągu paru minut byliśmy na poziomie terenu. Woda w śluzie spokojna. Po chwili otwierają się wrota górnej wody. Na znak śluzowego zbieramy cumy i wypływamy na kanał Żerański ładniej Królewski. Jest 13 i 45 min. Całe śluzowanie trwało ok. 35 min i robi wrażenie. Przed nami kanał o dł. ok.20 km. Na prawym brzegu potężne, wysokie hałdy odpadów w elektrowni. Niżej sporo pordzewiałych jednostek, chyba już nie popłyną. My płyniemy, ale znosi nas po prawy brzeg. Coś nie tak. Tracimy sterowność. Silnik stop rozpędem spływamy ze środka kanału pod brzeg. Kotwica dziobowa-poszła, wybrana, obłożona, trzyma. Można zająć się awarią. Oględziny stwierdzają luz na rumplu prawie 90 stopni. Przyczyna ścięta śruba mocująca dorobiony rumpel do ucha sterowego silnika. Wytrzymałą 6 godzin, średnica 8mmm, wyglądała solidnie, jednak ster lewo-prawo zrobiły swoje. Sięgam do bakisty ze "szlejami" oczywiście jest zapasowa i to parę szt. Wymiana nie trwa długo. Płyniemy dalej, na brzegowych skarpach kanału, skupieni wędkarze. Nasz gest zapytania i ich odpowiedź potwierdzają "ćwiczą rękę" siatki puste. Ale nie przyszli tu po "mięso" lecz z potrzeby zupełnie innej... Zmorą na kanale i generalnie na wodach wokół miast są pływające śmieci, plastikowe butelki i worki foliowe. Jak to zmienić... nie chcę się mądrzyć. Wszyscy wiedzą, tylko nie wszyscy robią. Lewy brzeg kanału to asfaltowa ulica. Normalny ruch, osobowe, ciężarowe. Przepływamy pod mostami, mostkami, rurami ciepłowniczymi i gazowymi. Wszystko dobrze oznakowane. My mamy niski maszcik, ale jachty na pewno pływają z położonymi masztami. Na całej długości kanału nie spotkaliśmy żadnej jednostki. Natomiast płynięcie wzdłuż ulicy wypełnionej samochodami to żadna frajda, ale innej drogi wodnej na WJM nie ma.
Na 7 km lewy brzeg, nowe osiedle domków jednorodzinnych i palą się trzciny. Zauważyli w porę, gaszą sami gałęziami, nie poszło na olszyny, opanowali i zgasili, ale siwy dym z pogorzeliska widzę jeszcze długo. Jeszcze jedna lekcja na kanale, można powiedzieć "pikuś" dopóki się nie spróbuje nalać paliwa z kanistra do zbiornika, którego wlew jest ok. 70 cm niżej. Raz że szkoda paliwa dwa, że nawet malutka kropelka paliwa na wodzie po chwili zajmuje powierzchnię wielu m2. Pomogła "kibicówka" taka plastikowa trąbka dość długa. Po postawieniu zbiornika wystarczyła. Ustnik tkwił we wlewie, drugi szeroki koniec, wystając z bakisty spełnił swoje zadanie. I tak oto, akustyczny sygnalizator dźwiękowy pozwalał "czysto" tankować. Czy stracił przez tą dodatkową funkcję głos. Nie sprawdzałęm osobiście. To prowizorka oczywiście kombinowałem później już na jeziorach, jak to zrobić "fachowo". Przypomniałem sobie i stosowałem stary sposób kierowców szlauch do zbiornika i zassanie niekoniecznie powietrza. Ale dwie ręce było mało, nawet jak jest woda jak lustro to łódką zawsze "deczko" buja. Oczywiście szlauch wysuwał się z kanistra nie łapał paliwa i znowu zasysanie. Ale ciężka "szpejowska" nakrętka załatwiła sprawę. Dopiero po powrocie znalazłem przypadkowo w necie, plastikową nakrętkę ze szlauchem nakręcaną na wylot kanistra w cenie ok. 17zł, polecam "mała rzecz a cieszy". Przejście kanału zajęło nam 3 godz. Wąski kanał się kończy i szeroko rozlane wody Zalewu Zegrzyńskiego pokazują swoja wielkość i jednocześnie wielką pustkę. Widać w oddali budynki przystani i ośrodków. Z prawej burty niedaleko brzegu widać łódkę. Postawione żagle zero wiatru, kołyszą się przy brzegu w nadziei, że pod wieczór coś powieje. Nie dowiemy się, igła kompasu i oznakowany szlak zgodnie pokazują N, tam nam trzeba.
Po 40 minutach Zalew mamy za rufą i prawa burta mija ujście Bugu. Wpływamy na Narew. Zmieniła się praca silnika. Nerwowe spojrzenie na silnik /pozostałość po pływaniu na Wietieroku/ Yamaha pracuje miarowo, ale jakby więcej pianki odkłada się pod dziobem. Jasne zaczęliśmy płynąc pod prąd. Teraz ten dźwięk pracy silnika będzie normalny, przystawiłem się szybko.
O 18tej, po lewej burcie Serock, niestety proszona kolacja nie wchodzi w rachubę. Narew jest silna, dużo wody, ale dajemy radę, o 18 i 40 min osiągamy CPN w Wierzbiny. Dopływamy do dystrybutora. Pierwsze tankowanie na wodzie. Dobieramy paliwa kanister i pustą butelkę po mineralnej jest wprawdzie zapas, ale następny dystrybutor daleko chyba w Różanie i to nie na brzegu. Jeszcze pieczątka i odbijamy. Zapinamy proporczyk na moście drogowym w Wierzbiny 45 km rzeki o 19-tej. Zaczyna padać nieśmiało, ale jest ciepło.Z trudem odnajdujemy oznakowanie szlaku wodnego. Woda poprzesuwała, czy szlakowy nie nadąża przestawiać. Na 45 km lewą burtą mijamy Kościół w Dzierżeninie. Zaczynamy płynąć posługując się sztuką "czytania rzeki". Naszej sztuki nie na długo wystarczyło, jest 52 km Narwi 19:45. Silnik zgasł stoimy, ale nas prąd nie znosi. Wpłynęliśmy w pole "kapusty", wyrosła prawie do lustra wody rwąc się do światła. Silnik w górę, wokół śruby gruby wał zielska. Trzyma mocno. Konieczny nóż i mozolne wycinanie do ostatniego ździebełka. Pozycja niezbyt wygodna i trzeba uważać żeby nie zgubić noża, przydało by się jakieś mocowanie do ręki, najlepiej jakaś pętla. Na początku przecina się łatwo i spada samo ze śruby. Dalej trudniej, jedną ręką trzymam się pawęży, drugą tnę i wyskubuję, obracając śrubą. Wtedy nóż przeszkadza i łatwo zgubić. Śruba wolna, ale jak włączymy silnik zaraz będzie to samo. Przydało się wiosło wiślane (rada bosmana). Zaczynamy spływać z prądem więc wyszliśmy, do brzegu niedaleko i widać na pomoście osobę. Nie widać "kapusty", silnik do wody i pomalutku do pomostu. Pokazuje nam którędy płynąć - nie na boje, tylko na "tamte drzewa". Zaczyna się ściemniać, brzegi ciemne, ale na wodzie widać jak płynąć, wiec płyniemy. O 23:30 rzekę w oddali przegradza most drogowy w Pułtusku, mruga światłami, jakby "radził" dość. Chyba dobrze radzi -posłucham się. Ale gdzie zacumować. "szperacz" budząc śpiące już ptactwo, pomaga znaleźć odpowiednie miejsce. O 23:30 silnik stop, cumujemy przy kępie wikliny, przy prawym brzegu. Minęła 15 godzina od Nadbrzeża. Jest cicho, ciepło, siąpi deszczyk, zasypiam bez jedzenia na "strażaka"
25.04.07 rejsu dzień 2
Obudziła mnie cisza, rzut oka na zegarek 10:30. Wszystkie odgłosy znajome, więc wszystko w porządku. Codzienny poranny ruch ale sporo spóźniony. Woda rześka, przyjemna. Wędkarz na przeciwnym brzegu ubrany solidnie, Eeee - chyba był na noc. Czuć ciepło słońca. Kawa raczej mocniejsza. Odwiązuję cumę od konaru, dobrze trzymał całą noc i wychodzimy na rzekę. Odbieramy pozdrowienia od wędkarza - miło. Po 15 min. Pojawia się bardzo duży luz na rumplu. Narew na tym odcinku płynie prosto, pozwalamy się znieść do prawego brzegu i rzucamy dziobową kotwicę. Oględziny rumpla. Wymieniona śruba trzyma, ale z drugiej strony z tuleji przez która przechodzi rumpel wyłamał się kawałek metalu. Powstał luz, wprawdzie niewielki ale na końcu 2,5m rumpla ten niewielki luzik, jest wielkim luzem, który uniemożliwia bezpieczne sterowanie. Trzeba dopiłować, dopasować niewielkie kliny które zlikwidują luz. Muszę to zrobić w palcach, bo nie mamy imadła. Następnym razem zabiorę niewielkie. Mały ciężar a trwało by krócej. Piłuję i pasuję kliny do 12-tej. Gotowe i działa. Zjadam obiad i ogarnia mnie zmęczenie. Wychodzi wczorajszy forsowny dzień. Rozpinam hamak i zasypiam do 15 –tej.
Naprzód. Na prawym brzegu widać niedokończoną robotę bobra. Coś go spłoszyło czy wyniósł się gdzie indziej. Dalej podziwiam przykład siły Natury, nastraja bardzo refleksyjnie. Płynąc w tym rejsie zauważam, ze myśli mam jakieś inne. Trudno określić to wrażenie. Wszystko jest pierwsze, nowe, nieznane. Dobrze mi z tym. Na 77 km lewa burta mijamy Gnojono. Widać czerwone dachy zabudowań. Po kilku km. na prawym brzegu strzelista tona czerwonym dachem dzwonnica Kościoła, to Zambski Kościelne. Na wysokości budynków na środku wypłacenie, płyniemy przy prawym brzegu, ale widać też spore kamienie. Podczas wahań stanu wody może być różnie, trzeba uważać. Na "filmie" rzeki kolejne obrazy i nieustanie, podświadome wybory szlaku. Przenoszone na ruchy rumpla. "Czytanie rzeki" też ma swoje subtelności. Na 79 km, coś jakby rozwidlenie na lewym brzegu łąki i dopływa rowek melioracyjny. Brak bojek szlakowych. Prawy brzeg wysoki, stromy pokryty sosnowym lasem. Widać "obrywy". Na środku nurtu coś jakby budująca się młodziutka kępa, Widać tylko mizerne trawki. Płyniemy na wysoki brzeg, powinno być głęboko. Po chwili jazgot śruby po kamieniach. Silnik zgasł. Urwałem śrubę?. Nie silnik ma takie zabezpieczenie, jak śruba napotyka duży opór to się wyłącza - "mądrala". Nurt nas nie znosi. Stoimy w małej zatoczce pod wysokim brzegiem. Rozglądam się, rzeka biła w wysoki brzeg, wymyła zatoczkę. Nurt odbijał się od brzegu i odsłaniał na środku rzeki rafę kamienną, na której zaczęły porastać trawy i przechodził pod łąkowy brzeg. Tam należy płynąć. Uruchamiam silnik i odchodzę powolutku z prądem w dół, żeby ominąć kamienną rafę dzieląca rzekę na dwoje jak izbica mostowa. Tylko niewidoczna. I niestety nieoznakowana. Ciekawe czy tylko ja, czy jeszcze ktoś? Kolejne pytanie na które nie uzyskam odpowiedzi. Dużo mam pytań podczas tej przygody. Do siebie też. Płynę tuz przy lewym brzegu. Podmyte kępy dzikich traw, zwieszają się do samej wody. Są na wyciągniecie ręki. Ze starych, zbrązowiałych, przebijają się mocno, zielone, młode, tegoroczne.
Na 89 km na środku rzeki piaszczyska, wysmukła wysepka. Opływam z prawej. Zły wybór płycizna, zawracam. Opływam z lewej jest dobrze. Po prawej widać dorodne pojedynczo rosnące 3 brzozy, ubrane w drobną zieleninkę małych jeszcze listków, nie widać ich ale wszystkie razem pokazują zielony, świeży kolor. Co innego na rzece, przy tych brzozach, woda kipi na kamiennej rafie. Odchodzimy pod lewy brzeg jest bezpiecznie, ale nie na długo bo potężne drzewa zwalone zajmują 3 część szerokości koryta rzeki. Na prawym brzegu pojawiają się czerwone dachy zbudowań to Michałowi. Jest dobrze po południu. Lewa burta mijamy m. Lubień. Z ciekawością oglądam żółto-niebieski prom motorowy. I za ciekawość dostaje prztyczka od rzeki bo wpływam na mieliznę. Na prawym brzegu rośnie sosnowy lasek i wysokie dorodne topole. Cała wstecz, parę bujnięć burtą i schodzimy z prądem. Opływamy mieliznę, Prom ginie za zakrętem rzeki. Na prawym brzegu wycięta na metalowej tablicy cyfra 92. Atrakcje zaczęły się na 79km a skończyły na 92 km, to odcinek 13 km. Tablica doskonale widoczna nawet przy zapadającej aktualnie szarówce.
Jest 20:20 zapalamy światła nawigacyjne. I dobrze bo za 5 min mija nas idąca w dół motorówka Straży Rybackiej. Mają potężny szybki silnik. Pozdrowienia oni ręką, my dzwonem. Uśmiechają się. Nie wyglądamy na kłusowników, płyną dalej. Na lewym brzegu tablica 100km. dobre miejsce na nocleg. Jest 21 cumujemy w łozinach poniżej potężnego dębu /żeby spokojnie spać na wypadek burzy NIE POD DRZEWEM/. Jest ciepło, niebo całe w gwiazdach. Jest mi radośnie. Dzwonię do bliskich mi osób za granicę. Chcę podzielić się tą radością. Atmosferą tego wieczoru, urokiem rzeki. Czy zrozumieli co chciałem im przekazać? - mam taką nadzieję.
26.04.07- rejsu dzień 3
Pobudka o godz. 5, na rzece nisko snująca się mgła. Przemykają po cichutku jakieś "tajemnicze" miejscowe łódki. Woda z rzeki zmywa senny spokój, jest wspaniała. Robię śniadanie. O godz.05:35 wschód słońca. Nawet nie próbuję opisać tego zjawiska. Zostaje podziw. Poranne porządki i sprawdzenia sprzętu zajmują sporo czasu. O 8:15 zbieram cumy, silnik "mała naprzód" ruszamy - kierunek północ. Widać dużo ptaków, cieszą się, to radosna pora roku, dobry czas przed nimi. A przede mną…..?. Te moje refleksje przerywa silnik bo przerywa pracę i "żąda" paliwa. Kolejne 12 litrów spływa z kanistra do zbiornika. 9:35 ruszamy i 13:20 dopływamy do Różana, to 116 km. Cumujemy przy lewym brzegu koło mostu drogowego. Uzupełniam zapas wody pitnej. Wyprawiam się do miasteczka, kupuję Poxilinę do rumpla. Dzięki uprzejmości spotkanego pracownika ochrony "WIKTORIA" kupuje mi ładowarkę do tel. KUPIŁ I PRZYWIÓZŁ MI NA BRZEG. Jeszcze raz dzięki. Miałem mnóstwo telefonów i sms na które nie mogłem odpowiadać. Raz, że ręce zajęte, no i ładowarka "padła". Jem obiad, naprawiam rumpel. Malownicze miasteczko oddala się z znika za kolejnym zakrętem Narwi. Muszę odnotować ważny fakt i podać informację. 16:40 drobna szybka przekąska, bez postoju. Ale ostania bo skończył się smalec przygotowany przez Teresę.
Godz. 17:00 kolejne tankowanie - dopływamy do Ostrołęki. 17:20 jestem zmęczony. Rzucamy cumę rufową przy brzegu przy malutkiej zatoczce, pod niewielkimi drzewami olch. Robię kawę pomaga i postanawiam płynąć dalej "jeziora" czekają, dobrze i parę godzin wcześniej dopłynąć więc zawiązuję nową i wypływamy na rzekę.
Na 142 km o 18:00 ponownie tracimy sterowność i konieczna jest kolejna naprawa rumpla Poxiliną. Jest 18:25 kiedy wpływamy do Ostrołęki i przepływamy pod kolejnymi mostami, pod jednym z nich dzieciaki palą niewielkie ognisko, stoją wpatrzone w ogień, na sygnał dzwonu ożywiają się, uśmiechają machają rękami. Miasto o szarówce zostaje za rufą. Po pewnym czasie wyczuwam dziwny zapach. Rzut oka na rufę, z silnika tryska chłodzący go strumień wody. Więc wszystko w porządku, to nie to więc co. Smród coraz silniejszy, nad przybrzeżnymi drzewami ukazują się kominy w galeria czerwonych świateł. Rzut oka na mapę 150 km elektrownia Wojciechowie. Za kolejnym zakrętem ukazują się wysokie, dymiące hałdy odpadów, po chwili widok na całą elektrownię. Narasta jakiś dziwmy odgłos, jakby pomruk gigantycznego potwora, który zagnieździł się nad rzeką. Smutno mi się robi czemu tutaj, nad tą piękną rzeką? Chyba związane jest to z chłodzeniem tego giganta. Kolejna cena za cywilizację. O 19:30 wszystko ucichło i wrócił wieczorny cudowny zapach rzeki. Uff to było mocne ale rzeka poprawia mi nastrój przepięknym zachodem słońca. Jem kolacje przy rumplu. Jak to mówią "trening czyni mistrza". Nauczyłem się już zapalać gaz, robić herbatę i przygotować jedzenie nie przerywając sterowania. Czego jeszcze nauczy mnie ten rejs? Jakim trudnościom i problemom będę poddany? Ale płynę i gwiazdy na niebie mrugają radośnie. Z lewej burty dopływa mała rzeczka, dobre miejsce na nocleg. Jest 21:00 i 161 km rzeki. Cumujemy lewą burtą /dziobem pod prąd/ osłonięci od lądu gęstą łoziną. Ustawiam urządzenie alarmowe na dachu kabiny /pusta butelka stojąca na szyjce/ Leżąc w kabinie słyszę tylko plusk wody płynącej za burtą, więc od razu zasypiam.
27.04 rejsu dzień 4
Wstaję wcześnie - poranne oględziny łódki, "stacjonarne" śniadanko, kawusia. Rzeka tętni życiem. Ruszamy o 06:00 po pół godziny zauważam, że z silnika wyletuje para, stop. Dzwonię do zaprzyjaźnionego serwisanta opiekującego się silnikiem. Doradza "przegazówkę" pomaga, jakieś drobne zanieczyszczenie wciągnięte z wodą zapchało chwilowo obieg chłodzenia. 08:00 kolejne 12 litrów paliwa do kanistra. Mijamy 173 km rzeka płynie przez łąki. Wiatr zrywa moją ulubiona czapkę z głowy do wody, widzę ją za rufą nie tonie /należy czapki wiązać na cienkich sznureczkach/. Postanawiam wykonać manewr "czapka za burtą". NIE WYSZŁO ZA PIERWSZYM PODEJŚCIEM. Ale teraz wiem jak go zrobić na rzece, żeby było szybko i skutecznie. Mam tą czapkę do dziś na łódce. Radzę ćwiczyć aż do perfekcji. TEN ALARM MUSI BYĆ SKUTECZNY W PIERWSZYM PODEJŚCIU. Jest 09:49 i na 179 km Narwi, za zakolem rzeki ukazuje się most drogowy w Nowogrodzie. Wiele razy w drodze na Mazury pokonywałem go samochodem. Zatrzymywałem się na parkingu i patrząc na rzekę myślałem, czy uda mi się płynąć tym szlakiem. I udało się, jest mi radośnie. Płynę rzekami na Mazury. Cumuję w małej zatoczce poniżej bunkra i idę na most. Spoglądam z radością na rzekę i widzę, m/y "RB+". Wracam i płyniemy dalej. Coraz bliżej Pisa i po lewej stronie ukazuje się ujście słynnej rzeki. Jesteśmy na 180 km Narwi i o 11:05 wpływamy na Pisę. Jest wąziutka w porównaniu z Narwia i silna, czuję mocny nurt na rumplu. Zaczyna się przygoda z nową rzeką, ta zaś od początku zapewnia atracje. Motorówka po wpłynięciu na Pisę ok. 20m zwalnia i nurt znosi nas do brzegu. Powód zielsko w śrubie próba wycięcia go z rufy nie udaje się i muszę wejść do wody po pas. Ale jest południe więc pół biedy. Tak zapoznałem się z Pisą. Cumujemy do jakiegoś drewnianego pomostu na lewym brzegu i robię obiad. Jest przyjemnie ciepło, cicho, wiosna wokoło. Ćwiergot. Zapadam w drzemkę poobiednią. 14:10 piję kawę i wypływam na rzekę. Przed nami 80 km Pisy. Rzeka z szumem tocząc swoje wody zaczyna swój taniec i zaprasza do udziału w nim, zapewniając mnóstwo atrakcji. Z radością przyjmuje zaproszenie. Na początek testuje moją czujność. Bliskość brzegów po obu burtach, ciepłe wiosenne popołudnie, poczucie złudnego bezpieczeństwa, bo wszędzie blisko. Cichy pomruk silnika. Podziwiam rozwijające się za za każdym zakolem nowe, niepowtarzalne krajobrazy. Odwróciłem wzrok od rzeki i zazdrośnica wprowadza mnie na mieliznę. Żąda żeby nie spuszczać z niej oczu. Jest 15:20 i siedzimy pierwszy raz na mieliźnie. Ale rzeka jest łaskawa i po paru manewrach jesteśmy na głębokiej wodzie. Staram się poznawać tajniki rzeki, jej nurtu, żeby bezpiecznie płynąć. Uczę się jej. Bezpiecznie pokonujemy dobrze oznakowana długą rafę kamienną, usadowioną na środku rzeki. W czasach kiedy jachty na jeziora pływały, a nie jeździły na przyczepkach, w tym miejscu parę z nich zakończyło podróż. A wiele urwało śruby. To trudne miejsce, ale znane. Najgorsze sa te nieznane, które tworzy rzeka i zmienia je. Jest 16:10 i 12 km rzeki, gdy dopływamy do mostu drogowego w Dobrym Lesie. Cumujemy. Sprawdzam skuteczność wkręcanych w grunt "kotwic brzegowych" - trzymają. To dobre miejsce. Można rozbić namiot, jest miejsce na ognisko. Jest umocniony zjazd z drogi oraz łagodnie opadające dno, umożliwia slipowanie łodki. Niedaleko do wsi ze sklepem i automatem telefonicznym, jest punkt czerpania wody niedaleko brzegu. Planowaliśny tu zrobić ognisko dla członków RSM. Nie wyszło, ale może nastepnym razem. Dopijam kawę. Odbijamy i przepływamy pod mostem. W przybrzeżnych olszynach rzeka kontynuuje swój "kręcony taniec" z brzegiem, my "tańczymy" z nimi. Nurt jest silny w ciągu godziny przepływamy ok. 6 km. Mam w zapasie 40 l paliwa w kanistrach i to co w zbiorniku. Następna stacja benzynowa w Piszu. Próbuję płynąć "skracając" zakola oszczędzając paliwo. Na niewiele się zdało, to co teoretycznie zaoszczędziłem musiałem dodatkowo zużyć schodząc z kolejnej mielizny, na którą się... o 16:15. Ale płynę. Pisa jest jest fantastyczna, poezja, cudo. Kręci się w swoim tańcu na wszystkie możliwe strony i nic nie można przewidzieć. Każda następna minuta jest niewiadomą. Jest bardzo wymagająca i kapryśna. Wymaga ciągłej uwagi i manewrowania rumplem i manetką bez przerwy. Reguła jest prosta - nie zdążysz - siedzisz na mieliźnie lub walisz w brzeg dziobem. Tak jak teraz. Było buuum, aż zadzwonił dzwon – sam, było mocno. Szczęście jak piaszczysty, ale miejscami widać też kupy kamieni, potężne pnie zatopionych drzew. Należy uważać i nie za szybko żeby zdążyć ominąć. Bardzo niebezpieczne są elementy ogrodzeń pastwisk, które wychodzą daleko w rzekę, są często owinięte drutem kolczastym. Na kolejnym zakolu ukazuje się krzyż przy samym brzegu. ŚP. PAWEŁ... lat 21 1996r. Mieszkał w niedalekich budynkach znał rzekę i skoczył... Kolejne zakręty i sprawdziany jakie przynosi rzeka za nami. Jest 19:15 gdy tą sielankę przerywa silnik. Zaczyna kaprysić. Zbliża się wieczór. Na wiośle wiślanym dopływam do brzegu. Odkładam je szybko, niewłaściwie, zsuwa się do rzeki i powoli odpływa. Szkoda dobrze mi służyło. Zajmuję się silnikiem. Dostaje zbyt dużo powietrza i dusi się. Poloplastrem zmniejszam otwór zasysający powietrze i jest to skuteczne. Żal mi tego wiosła. Kolejny test nie zaliczyłem i siedzę na mieliźnie jest 19:25. Spokojnie już wiem jak schodzić, nurt prostuje rufę. Płyniemy "pod prąd" więc rzeka spycha "RB+" z mielizny, pomaga wyzwolić się z grząskiego piasku w który zarył się dziób. Jak się płynie z prądem jest gorzej do rzeka, wciska, wpycha łódź na mieliznę i utrudnia zejście z mielizny. Zaczyna się wieczorny spektakl zachodu słońca, więc pozwalam rzece pracować nad mielizną i podziwiam a naprawde jest co. Promienie tak oświetlają okoliczne łąki i niewielkie zarośla. Wydaje się że płoną. Niesamowity widok. I całkowita cisza dookoła. Wszystko ucichło, tak żegna się mijający dzień... Z tego nastroju wyrwał mnie głośny pluuusk, zdążyłem zobaczyc rozchodzące się kręgi. Chyba spora była. Zegarek pokazuje 19:50. Tyle czasu się gapiłem, ale warto było. Rzeka dużo pomogła i wystarczyło mocne odepchnięcie wiosłem i zeszliśmy z mielizny. Silnik zapalił bez problemu. Słońce już tylko żarzy się schowane za horyzont, ale nie robi się ciemno. Więc płynę dalej. I zaczynam krzyczeć z radości. Bo zaskoczył mnie widok mostu drewnianego. To Cieciorki 26 km rzeki i 19:55. Jest 20:20 gdy widzę płynącego bobra, chyba wybiera się na kolację. Na wszelki wypadek zanurkował. Acha pora kolacji ale szkoda tego płynięcia jest widno. Mazury czekają. Płynę i robię kolację. Piątek więc jajka. Są w środkowej bakiście w kabinie. Wystarczy tylko zdjąć pokrywę i wyjąć kartonik. Ale trzeba puścić rumpel na 5 sek. ale jednak puścić. Wacham się. Zatrzymanie łódki to ok. 10 min. Widzę prosty odcinek przede mną. Zwalniam obroty, ster 0 i nurkuję do kabiny. Ściskam kartonik i z powrotem. Widzę ciemny brzeg przed dziobem i "Rb+" wali delfinkiem w pionowa ścianę. Kontruję obraca nas i wynosi w nurt. JAK ŁÓDKA PŁYNIE NIE WOLNO PUSZCZAĆ STERU - NIGDY. Co robiłem potem. Nie cumowałem. Wyłączałem silnik. Łódka spływała z prądem powolutku, jest sporo czasu, do następnego zakola. Jeśli nawet zniesie do brzegu to jest to tylko miękka, delikatna "obcierka" ale generalnie to radzę cumować. Zgniotłem tylko 2 jajka. Przekonałem się jak wąska i kręta jest Pisa ale płynę - i nadal uczę się sterować i robić wiele koniecznych rzeczy. To zupełnie co innego od wędkowania na Wiśle. Ciągły ruch, zmiany, wybory. Np. jak umyć szklankę, czy coś napisać. Znalazłem sposób, żeby nie tracić czasu. Koniec przedłużki rumpla opierałem powyżej "pierwszej krzyżowej" i sterując, plecami miałem obie ręce wolne. I zawsze mogłem chwycic rumpel "jakby co". Oczywiście jeżeli Pisa pozwala na takie sterowanie tzn jeżeli nie za bardzo "wywija". Płynę wolniej. nurt silny, bo zrobiło się wąsko. Wyszedł księżyc, więc płynę na "białą wodę". Czuję rumpel na plecach i obieram jajka patrząc przed dziób. I mogę pisać. Widoki jak w bajce, a to rzeczywistość i ja mogę to podziwiać. Ojjj -było blisko /mielizna/ jednak trzeba meandrować z rzeką, nie na skróty. Widzę śpiące ptaki na wodzie i staram się płyną "ciszej". Jajka wyszły na miękko. Kolejne zakole w zakolu, a w nim jeszcze jedno. I następna wijaca się wstążka. Widzę trzy pasma wody lśniące w promieniach księżyca, po których płynąłem. Pisa jest niesamowita, nie do opowiedzenia. Trzeba to zobaczyć. Nie naładowałem latarki i piszę przy księżycu. Widzę jakieś czerwone światełka ale to nie Miłki Jeszcze nie. Ale dopłynę. Czy wiadomo ile Pisa ma zakrętów, czy ktoś to policzył? Ale po co liczyć. Jest cudownie, w głowie kręci się od tych zakrętów i magii tej nocy. Na wypłaceniach pluskają ryby. Nie zapaliłem świateł nawigacyjnych, jakoś nie wypada psuć tego czarodziejskiego nastroju. RZEKA KRĘCI NIESAMOWICIE NIEWYOBRAŻALNIE BEZ KOŃCA. NIE MA PROSTEGO ODCINKA O BARDZO DAWNA - MAM WRAŻENIE ŻE KRĘCĘ SIĘ W KÓŁKO. Wpadłem w jakiś dziwny trans, jest mi lekko, dobrze. Coś walnęło w dno kamień czy drzewo co za różnica nie dowiem się. Ważne że PŁYNĘ. Widzę światła mostu. To mój cel na dzisiaj,ale ile jeszcze razy muszę przełożyć ster, żeby do niego dopłynąć. Nie wiem ile trwało zanim do niego dopłynąłem. Cały czas widziałem jego światła, a rzeka wiła swoją "tasiemkę". Może tego mostu nie ma. JEST. Ukazuje się. Dopływamy – dziobowa trzyma. Rufowa też. Wybieram, knaguję. Silnik stop. I cisza kłuje w uszy. Jest 38 km rzeki i godz.21:55. Most drogowy Myszyniec–Kolno. Widać przystanek autobusowy. Przejeżdża autobus, nikt nie wysiada. Most jest pusty. Zaciągam zamek w śpiworze i liczę. Wychodzi 45 km pod prąd i 20 godzin za sterem. Padam. Ale bardzo chciałem dopłynąć do tego mostu. No i Pisa mnie tak wciągnęła w swój lśniący taniec. Na brzegu porykuje krowa. Znam ten głos jest głodna, albo coś ją boli. Przypomniałem sobie gdzie słyszałem taki głos. Czy musiałem przypłynąć, aż tu żeby go sobie przypomnieć? To było dawno, ja nie wiedziałem, że Pisa istnieje, a przecież była...
28.04 rejsu dzień 5
Budzę się jest 05:00 dobra pora na kawę. Z kubkiem w ręce omiatam wzrokiem całą łódkę, sprawdzam odruchowo. 05:15 silnik start, pracuje na luzie. Wybieram kotwicę dziobową. Lina kotwicy rufowej w pionie, a kotwicy nie mogę ruszyć z dna. Próbuję z całych sił, niestety. Prawdopodobnie zaklinowała się w korzeniach ledwo zazielenionych olszyn. Jest to kotwica specjalna w kształcie walca specjalnie odlewana na rzekę. Bez pazurów. Widocznie wpadła głęboko między korzenie. Nawet w nocy trzeba sprawdzać gdzie się cumuje. Została niestety, odcięta z paroma metrami cumy. Mam 2 zapasowe więc, zawiązuję nową i wypływamy na rzekę. Małe kłopoty w manetką. Przez chwilę odwrotnie biegi wchodzą. Parę zmian biegów i w wszystko wraca do normy. Pisa rozlewa szeroko swoje wody wśród łąk, wszędzie widać ślady działalności bobrów. 06:05 znowu manetka szwankuje, silnik stop. Rozkręcam manetkę – zablokowane linki. Brak dojścia do 2 mocujących śrub od strony kokpitu - zabudowane blachą kambuza. Błąd. Udaje mi się odblokować linki. Ale płynę. Rzeka trwa w swoim, nieustannym tańcu. Ale już to polubiłem. Czemu tak kręci swój bieg. Teren wydaje się płaski, a ona tak się kołysze. Jest to rzeka bez źródła /wypływa z j.Roś/ może dlatego tak się kreci, niespokojna. Trzeba przyznać, że szlak Pisy jest trudnym egzaminem dla sternika. Ale daje wielka satysfakcje jak nie ma "szszuuu" /mielizna/ i "bum"/brzeg/. Rzeźbi artystycznie swoimi wodami łąki i układa swój nurt w nie dający się przewidzieć sposób. Jest wymagająca ale przepiękna. Trzyma w napięciu. Daje popalić, ale słodzi widokami i niepowtarzalnym, klimatem tego rejsu. 06:32 ŻURAWIE pierwszy raz je widzę, a codziennie słyszę ich klangor. Para wysmukłych, dostojnych ptaków skubie coś na łące, są bliziutko, pięknie wygladają. są szaro-niebieskie. Nie płoszą się jak przepływam. Przez szare niskie chmury próbuje przebijać się słońce, na razie parę promieni. Ale da radę wyjdzie niebawem, czuję to. 06:45 koniec paliwa w zbiorniku. Wydawać by się mogło, że tankowanie to "pikus" nie jest tak. Wstydzę się za każdą plamkę na wodzie. JAK SIĘ ZDARZY NEUTRALIZUJĘ PRZY POMOCY PŁYNU DO NACZYŃ "LUDWIK" Przelanie 12 l paliwa kanistra do zbiornika trwa ok. 5 min i znosi nas ok. 250-300m z nurtem. Zgiął wsteczny bieg. Trudno. Nie ma czasu na naprawę. Chcę dzisiaj dopłynąć do Piszu. Rzeka w tańcu bez przerwy. Wyszło słoneczko. Ooooo. Jest 45 km o 06:55 z mostem drogowym Koźle-Łacha. No to "erbeplusko" mamy z górki. Pisz coraz bliżej. I jak by ciut prościej. Kawa dla sternika raz "jak sobie zrobisz". Nie mogę znaleźć zapałek, na szczęście zapalniczka jest na swoim miejscu. ODKŁADAM ZAPALNICZKĘ NA TO SAMO MIEJSCE - OPŁACA SIĘ. Siadam z kubkiem na rufowej bakiście, na podwyższeniu z kanistra i zwiniętego materaca, co zapewnia mi doskonałą widoczność przed dziobem. "Ale płynę"..., a kilwater odwrotnym kursem gna "gna" to spora przesada, ale wyrażnie odpływa do tyłu. Po prawej burcie mijamy nowe osiedle jednorodzinne. Projektancie, typowa nijaka szeregówka nad Pisą, straciłeś talent, czy poszedłeś na łatwiznę. To nie ważne. Fakt że "skaleczyłeś" ten brzeg, widok, rzekę. A może tego nie widzisz, nie czujesz subtelności tego miejsca. To zmień zawód. O 08:00 na 49 km rzeki dopływamy do mostu w mieście Wicenta. Stary drewniany most zastąpił nowy betonowy. Jak podaje historia w pobliżu mostu przebiegała granica polsko-niemiecka przed 1939r., obecnie jest to granica pomiędzy woj.suwalskim i łomżyńskim. Płynąć staram się zrobić śniadanie. 08:20 czyszczenie śruby z zielska. Stanąłem przy brzegu bez kotwicy, wyszłem na płytką wodę przy brzegu. Czyszczę śrubę. Nagle silny prąd odpycha łódkę od brzegu. Przytrzymuję z całych sił, grząski piasek pod nogami, woda w butach, ale wskakuję na pływak. UFF mogło być gorzej KOLEJNA LEKCJA OD RZEKI. Wylewam wodę z butów i myślę, jak długo musiał bym gonić łódkę. Po tej nauczce kotwiczę przy brzegu i jem śniadanie komfortowo. TERAZ ZAWSZE RZUCAM KOTWICĘ. Rzeka wytknie każde niedopatrzenie - natychmiast. Nie znosi prowizorek. POD GÓRĘ I POD WIATR ALE PŁYNĘ. Schowałem sztorcklapę, zbierała wiatr na swoją powierzchnię jak żagiel. Na 51 km rzeka zostaje zwężona pomostami po obu stronach. To "węgornia" w dzien otwarta, po zmroku przegrodzona palikami i sieciami łapie przepływające węgorze. Rzeka w swoim tańcu zbliża swój nurt do drogi. Na oko jakięś 150m. Poznaję ten piękny lasek brzozowy po prawej stronie drogi, stąd już niedaleko do Jeży. Niedaleko ale szosa, ale nas prowadzi szlak Pisy, a ona kręci zawijasy dalej. Może kiedyś udami się policzyć jej zakręty, tylko po co? Tylko ona jest taka niepowtarzalna w swoim biegu, chyba nie ma podobnej do niej. 09:30 ukazuje się "charakterystyczny" słupek 53 km. Ale płynę. I po chwili widzę Kościół w Jeżach. Szosa do Piszu z Jeży bardzo blisko, rzeka ok. 30 km. Trudno uwierzyć. No i dowód na to jak rzeka kręci swój bieg. Jest 09:45 i 54 km rzeki przepływamy pod mostem drogowym w Jeżach. Wieś istniała już w 14:45r. Pierwsza mazurska wieś jadąc na północ. Skończyłem śniadanie. Rośnie wiatr i czasami nagle znosi nas na brzeg. Ale rumpel i manetka są pomocne i jak na razie płyniemy bez "buuum". Niebo w błękicie. Słonecznie, woda za burtą przejrzysta, widać dno. Leszczyny machaja gałęziami w zielonych pączkach. Tryskają kępami kaczeńce na łąkach. Żółte kaczeńce. No a jakie mają być. Coś mnie chyba odurzyło, albo raczej zakręciło. Pisa jest moim PANACEUM /sorry Synu, napewno byś pozwolił/. Dostaję mnóstwo telefonów, a w nich troska i ciekawość. Dziękuję to miłe. Płyniemy przez Puszczę Piską. Rozciąga się po obu stronach rzeki. Tu ma gniazdo orzeł bielik. Wypatruje na ile pozwoli rzeka, ale nie znalazłem, wyrosłe młode brzózki zasłaniają widok na samotne wysokie drzewo ok. 150 m od brzegu. Pisa dla mnie to odtrutka na cywilizację na stres na bóle na smutki, zamyślenia. Jestem szczęsliwy, że pozwala mi łaskawie płynąć i chwali się swoja krasą. I teraz tylko mnie pokazuje swoje piękności. Czasami pokazuje pazurki, ale to ładne pazurki i ostrzega wcześniej. Pisze na wodzie, tylko nauczyć się czytać jej listy. O 10:50 jesteśmy na 60 km rzeki. Jeszcze 20 km i Piiiszszsz. 60 km "ale płynę choć uparcie myśl powraca", wiatr rośnie i spada prędkość. Serpentymy w Alpach to "pikuś" przy szlaku rzeki. Pływajmy tą rzeką i nie pozwólmy jej "zamordować". Ciekawe kto komu w dalekich rejsach kremuje plecy. Czy wg. stopni, wieku, czy w zależności od potrzeb. Można i samemu. No może nie całe, ale jak potrenuję to dam radę. OJ - było blisko. O 10:00 dolewam ostanie 12 litrów paliwa. Została "żelazna rezerwa" 5l. Czy wystarczy ? Najbliższy CPN w Piszu Okazuje się, że najlepiej tankować w dużym zakolu/zatoczce, gdzie woda się "kręci" nie trzeba kotwiczyć i nie rozlewa się paliwa. Na horyzoncie widać mosti i o 11:20 na 63 km przepływamy pod mostem drogowym w Dziadowie. O 12:15 wpływamy w wiatrołomy po tormado, widać potężne połamane drzewa, dziwnie siwe w jakiś porostach. Po rejsie dowiedziałem się, że specjalnie zostawiono ten fragment powalonej puszczy w celach badawczych. Oj - było blisko. Jednak tylko rumpel na kole nie daje rady tak, kręty szlak. O 12:15 bum - oj Pisiulo. Ogarnia mnie senność. Szybka kawa, czy deptanie po szyszkach olszyny, które wpadają do kokpitu, jak maszt trąci w gałąź. Zapałki z kambuza "wcięło" /i nie ma na kogo zwalić/. A zapalniczka w kabinie. Czekam na "prosty" odcinek i nurkuję do kabiny. Będzie kawa. Nagle za zakolem pojawiają sie kajaki, płyną prosto na nas, na czołowo, nurt niesie wartko i wiosłują. Przerzucam rumpel i szczęśliwie mijamy się. Płynęli nieprawidłowo lewą stroną szlaku. Pisa szybko poniosła ich w dół i zniknęli za zakolem, więc nie zdążyłem zrobić nic "powiedzieć". Niedaleko po prawej burcie widać szosę do Pisza i samochody. Droga prosto, a rzeka dalej trwa w swoim zakręconym tańcu. Przed dziobem kolejna atrakcja, powalone drzewo w poprzek nurtu. Którędy? Przy wysokim brzegu, nie ma mowy gruby pień. Przy niskim płytko, ale prześwit w gałęziach, daje nadzieję. A jak z głębokością. Zaraz się przekonamy. Wpłwywamy w korone drzewa, zielone gałązki obejmują maszt, spowalniają, cała naprzód i drzewo za nami. Wypłynęliśmy z drzewa z lekko pogiętym salingiem na maszcie. Może to było podziękowanie rzeki za wspólny taniec. Może dlatego Pisa jest taka kręta, że nie ma żródła i dlatego tak się "złości" urokliwie. Ale to moja "rejsowa" teoria. Wyraźnie rośnie wiatr i podnosi fale. Od pół godziny krążymy w suchych trzcinach, z których wystaje tylko maszt i ścigamy sie z łąbędziami startującymi z pod dziobu. No,no ok.100 m prosto, aż przykro że prosto. I już wracamy do tańca. Widać pierwsze domy Pisza, ale ciekawe za ile dopłynę do mostu. Dopływam do fabryki sklejki i silnik gaśnie. Pisa nie odpuszcza do końca. Wlewam resztki paliwa z 4 kanistrów. Sam nie wiem skąd się tam jeszcze coś wzięło. Wpływam do miasta. Jest godz.15:30 i 80 km rzeki, cumuję przy moście drogowym w Piszu. Ludzie z mostu patrzą ciekawie, o tej porze roku pływa mało łodzi. Pod mostem też machają do nas. Jest pięknie. A przed nami Mazury. Wydzwoniona taryfa przywozi nam 4 kanistry paliwa. Jemy obiad. I o 17:30 oddajemy cumy. Jeszcze niecały kilometr Pisy i przed nami otwiera sie jezioro Roś. Do zobaczenia Pisiulko. Wytyczony szlak prowadzi nas w kierunku wejścia na kanał Jegliński. O 17:50 wpływamy na kanał, który zadziwia swoim prostym przebiegiem, żadnego meandrowania. O 18:35 dopływamy do śluzy w Karwiku. Śluzowy mieszka tuż obok. Śluzowanie przebiega pomyślnie i o 19:00 stajemy na cumach przy końcu kanału na nocleg.
Rejsu dzień 6
Wczesny ranek wita nas szronem na pokładzie i niespodzianką "zginął bieg na przód". Nie damy rady dopłynąć do Giżycka na wstecznym. Zaczynam dzwonić i dzięki koledze Zdziśkowi uzyskuje kontakt z mechanikiem. Przyjeżdżają na śluzę. Zabierają silnik, będzie gotowy na jutro ok 12:00. Czas mija na łapaniu płotek i smażeniu "Rybcia" w kanale na śluzie w Karwiku smakuje wspaniale. Po południu załamuje sie pogoda. Do kanału wpływają duże jachty chroniąc się przed wiatrem i falą. Sniardwy rozbujały się, mówią o 1.5 fali, która odsłania kamienie. ZŚ Sekstami huczą Śniardwy, wieje solidnie, czekamy na poprawę pogody. Po drugiej stronie wędkarze łowią płocie. Zjadło by się. Pomaga śluzowy pożyczając wędkę. Robaki znalazły sie nie daleko w krzakach ale nie kazdy potrafi je znaleźć. Ale są specjaliści... Łapiemy nie powiem ale sama biżuteria. Widać uśmieszek w oczach miejscowych "aborygenów" ojciec z synem idą na pewniaka, na swoje miejsce na okonia. Nam przybywa w siatce nadal wyniuarowe 12 szt. na patelnie jak mówią znawcy tematu. Wracaja "okoniarze", faktycznie poszli na pewniaka. Sztuka naszej dyplomacji i urok osobisty sprawia że po chwili czarowania podarowane okonie pręgowate zdecydowanie wyróżniają się w naszej siatce a jak smakowały...
Rejsu dzień 7
Tym razem rozkładamy namiot nad kokpitem. Noc zimna, ranek znowu oszroniony, przejmujący zimny wiatr. Koniec kwietnia. Wiatr na jeziorach nie słabnie. Ale w kanale cicho. podnosi sie tylko wyraźnie poziom wody wchychanej w kanał przez wiatr. Przed południem przywożą silnik. Wszystko naprawione, wymienili pęknięte cięgło biegu naprzód. Możemy płynąć, ale wiatr ciągle tęgi. Obawiam się jego działania na wysoką burtę motorówki, poczekamy do jutra tym bardziej, że płotka świetnie bierze.
Rejsu dzień 8
Noc jakby cieplejsza i wiatr jakby słabnie. Wychodzę na koniec obrzeża kanału i widzę gęste białe grzywki faf na Sekstach, więc na Śniardwach muszą być jeszcze większe. Jeszcze trochę, nie ma sensu ryzykować, zmagać sie z falą i wiatrem. Nie pływaliśmy jeszcze w takich warunkach. Nie wiem jak "RB+" będzie sprawiać sie na takiej fali. I słusznie po obiedzie jest już ok 3B. Więc o 12:50 oddajemy cumy. Kierunek północ. Wychodzimy na Seksty. Mijamy lewą burtą w. Kaczor. Dajemy radę i po pół godzinie przez Bramkę Sekstyńska, wychodzimy na Śniardwy. Duże są. Okalajace brzegi widać daleko na widnokręgu. Na trawersie prawej burty, przesuwaja się "kultowe" wyspy Czarci Ostrów, Pajęcza i w oddali Szeroki Ostrów. Mijamy oznakowane kardynałkami głazowiska. Kierunek Mikołajki. Za wyspami dostaliśmy silny wiatr w prawą burtę. Jestem mile zaskoczony dzielnością "RB+". Przecież budowano ją dla potrzeb Wopru. Tak twierdził były własciciel. Teraz przekonuję się, że to prawda. Świetnie wchodzi na fale. Fordek wprawdzie mokry przy wyższej fali. Ale owiewka i falochrony działają świetnie. Kokpit suchutki i prawie bez wiatru. Nagle silnik gaśnie, ale to tylko paliwo. Bez napedu nas bokiem do fali, co będzie pagaj, żeby stać dziobem do wiatru. Nie trzeba, bokiem do fali łódź jest stabilna, nie kołysze. Kolejne 12 litrów paliwa do zbiornika i płyniemy dalej. Mijamy kolejno rogi Dybowski i Popielski, jest 15:50, Śniardwy za rufą. Wychodzi 3 h z Karwiku. Na jeziorze Mikołajskim pomyliłem szlak i skręciłem na Bełdany. Ale na wysokości Wierzby coś mnie tkneło. Rzut oka na mapę i podpowiedź z przepływającej łódki. I ster lewo na burt jednym słowem zawracamy. 16:45 witamy Mikołajki. Na wysokości Stawek jacht w dryfie, z obwisłymi żaglami, głośna muzyka, na pokładzie koedukacyjna załaga wyraźnie "pod wpływem". Jak na zamówienie pojawia się motorówka Policji. Co będzie. OTÓŻ NIC. Patrol popłynął dalej. Mijamy keję i pustawe Mikołajki już za rufą. Płyniemy prze Tałty, wypatrując wejścia na kanał Tałcki. Wpływamy o 17:50, brzegi porosniete brzózkami. Warto by przypłynąc na koźlaki. Kolejno płyniemy przez j. Tałtowisko - kanał Grunwaldzki. Podziwiamy przepiękny, pierwszy nasz mazurski zachód słońca, na malutkim, urokliwym j.Kotek. Kolejno przepływamy kanał Mioduński - j. Szymon. Rośnie siła wiatru. Robi się coraz ciemniej. Zapalamy światła i przepływamy j. Szymoneckie /Jędzel jak kto woli/, j. Jagodne - kanał Kula, j. Boczne. O 21:05 j. Niegocin wita nas silnym wiatrem i sporą falą. Widać światła Giżycka. Może do jutra poprawi się pogoda. Na wysokości kampingu Strzelec, cumujemy na pierwszy nocleg na Mazurach. Oczywiście w trzcinkach.
Rejsu dzień 9
Jak to bywa rankiem nie poprawiła się pogoda, a nawet jakby silniej wieje i widać wyraźne grzywki O 08:40 ruszamy. Niegocin spieniony i zmarszczony, więc płyniemy narazie nie nie daleko brzegu. Ale po sprawdzeniu że jest dobrze. Obieramy kurs na Giżycko przez środek Niegocina. M/y "RB+" pokazuje co potrafi. Jak bierze pojedyńcze fale, trochę wali wodę dziobem wzniecając bryzgi wody. Jak dodałem gaz bierze dwie fale na raz, całą długością kadłuba i nie wali dziobem o fale. TO NAPRAWDĘ DZIELNA WOPROWSKA MOTORÓWKA. Jest 09:10 i wpływamy do kanału Łuczańskiego. Cumujemy "na biegowo" koło pięknej brzozy. Witaj Giżycko. Czekamy na otwarcie "kultowego" obrotowego mostu do 10:30. Jeszcze przed nami kanał do przepłynięcia i wpływamy na j.Kisajno. Jest godzina 11:00, gdy m/y cumuje w porcie w bazie Almatur nad j.Kisajno. Na maszcie powiewa 3,5m wimpla biało – czerwonego, po 1cm za każdy km szlaku. Na kei nie ma tłoku. Wychodzę i klękam. Mam za co dziękować.
Sternik motorowodny m/y "RB+" Bogdan Wiśniewski